Rozumiem Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Korzystając z witryny wyrażasz zgodę
na ich używanie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatnosci.
 
1 2 3 4
[CONTENT]
czwartek14.12.2017
  • zachód: 16:24
  • wschód: 08:39
  • zachód: 14:51
  • wschód: 04:14
  • faza: półpełny lewy (blask: 16%)
  • następna pełnia: 02 styczeń
  • Afrykańska przygoda z łukiem - niezapomniana przygoda

    wróć
    Karol Narbutt 2013-10-02
    Afrykańska przygoda (archiwum Karola Narbutta)W październiku 2007 roku wybrałem się z moim kolegą Alfredem na wyprawę myśliwską do Namibii. Przeżyłem tam niezapomniane chwile i odniosłem wiele sukcesów, polując ze sztucerem. Wszystko to jednak bladło przy wrażeniach, jakich dostarczyły mi łowy z łukiem.
     
    W planach mieliśmy wizytę na dwóch farmach. Pierwsze pięć dni spędziliśmy na farmie Glenorkie, której właścicielamisą Assi i Ingo Leuchner. Udało mi się tam ustrzelić między innymi geparda, co jest ogromnym wydarzeniem dla każdego myśliwego, i nie spodziewałem się, że podczas tego wyjazdu będę jeszcze raz przeżywał podobne emocje. Okazało się jednak, że Afryka szykuje dla mnie niespodziankę i doznania, których sobie nawet nie wyobrażałem.

     
    Po niezwykle udanym pobycie w Glenrokie pojechaliśmy na drugą farmę – Marigold, do Wolfiego, Petry i ich córeczki Svenii. Tam, już po paru godzinach, Wolfi zafundował nam zupełnie nowy dla nas rodzaj polowania – z podchodu. Wydawał mi się on prawie niemożliwy, bo przez pierwsze pięć dni w Afryce nauczyłem się, że antylopy widzą z kilkuset metrów nawet podniesienie lornetki czy poprawienie czapki.

    Tymczasem teraz mieliśmy podejść pięknego hartebeesta, stojącego w odległości ok. 500 m od samochodu. Jakież było nasze zdumienie, kiedy po ok. 15 minutach byliśmy nie dalej niż 80 m od upatrzonej sztuki.Alfred złożył się do strzału, chwila koncentracji, naciśnięcie spustu – i byk został w ogniu. Był to młody okaz z imponującym porożem, jak się potem okazało,14 punktów powyżej limitu złota.
     
    smak nowości
     
    Tego wieczoru Petra przygotowała pyszną kolację, przy której dużo rozmawialiśmy o polowaniu z ambony, z podchodu i z łukiem. Słyszałem już o łowach z łukiem, ale nigdy nie miałem okazji tego spróbować. Dlatego ucieszyłem się, gdy Wolfi powiedział: „Wiesz, mam przyjaciela, który poluje tylko z łukiem. Jak chcesz, to zaproszę go do nas jutro na kolację, zostanie na noc, a rano pokaże ci łuk i postrzelamy”.

    Następny dzień spędziliśmy na tropieniu błękitnego gnu, a wieczorem rzeczywiście przyjechał Jani. Całą rozmowę przy kolacji zdominował jeden temat – polowanie z łukiem. Dowiedziałem się, że jest już pięciu Amerykanów, którzy strzelili w ten sposób wielką piątkę. Dla mnie to wszystko było niepojęte. Rano Jani pokazał mi, jak strzelać z łuku i powiedział, że może mi zostawić cały ekwipunek, żebym sobie poćwiczył. Kolejne dni upłynęły na tropieniu gnu i – w każdej wolnej chwili – strzelaniu z łuku. Wolfi obserwował, jakie czynię postępy. Pewnego dnia powiedział: „Jest dobrze, dziś weśmiemy ze sobą łuk”. Myślałem, że śnię. Nawet w najskrytszych marzeniach nie podejrzewałem, że będę polował w taki sposób.Ten dzień spędziliśmy w specjalnej zasiadce do polowania z łukiem nieopodal źródła wody. Moje zadanie polegało na pełnym przygotowaniu się do strzału, wycelowaniu i następnie powolnym zwolnieniu cięciwy. Nie miałem zbyt wielu okazji do ćwiczeń, gdyż w pobliżu od paru dni kręcił się gepard i zwierzyna była bardzo ostrożna. Tak zastał mnie ostatni dzień pobytu na farmie.
     
    emocje sięgają zenitu
     
    Wstałem już o szóstej rano, żeby przed wyjściem na łowy trochę postrzelać. Od samego rana miałem tak wysoki poziom adrenaliny, że wystarczyłoby mi na następny rok. Zdecydowaliśmy się usiąść na ambonie zainstalowanej w koronie drzewa między liśçmi. Od godziny 8 do 13 pojawił się tylko jeden guziec z młodymi. Niestety, od samego rana mocno wiało i do tego było widać świeże ślady obecności geparda. Zdecydowałem, że zostanę na ambonie cały dzień. Około godziny 16 Wolfi przywiózł mi posiłek. W czasie jego nieobecności nic specjalnego się nie działo i byłem niemal pewien, że już nic nie wyjdzie.

    O godzinie 18 zobaczyliśmy na wprost dwa oryksy, powoli zbliżające się do granicy buszu. Krowa i nareszcie niesamowicie duży, mocny młody byk. Serce zaczęło mi bić coraz szybciej. Strzał powinienem oddać z odległości nie większej niż 30 metrów. Zaczekaliśmy spokojnie, aż zwierzęta wyjdą z lewej strony ambony. Wolfi dał znak, żebym zaczął się przymierzać do strzału. Oryksy były bardzo niespokojne, najmniejszy ruch czy szmer zwracał ich uwagę. Stały obok bloku soli i tylko wtedy, gdy oba się nad nim pochylały, mogłem wykonywać jakiekolwiek ruchy. Wstanie z krzesła zajęło mi około pięciu minut. Już po chwili trzęsły mi się nogi, a serce biło jak po biegu. W pewnym momencie krowa spojrzała w moją stronę i nagle uszła w busz, a za nią byk.Archiwum Karola Narbutta

    Myślałem, że to koniec, ale Wolfi powiedział, że zaraz wrócą. I tak faktycznie było. Teraz już stałem, żeby nie tracić cennych minut. Tym razem zwierzęta obeszły ambonę w kierunku śródła. Kiedy przechodziły przed amboną, przez moment byłem zasłonięty przez liście. Napiąłem łuk i wymierzyłem w miejsce, w którym byk powinien wyjść na strzał. Nic z tego, odeszły jakieś 50 m na wprost.
     
    Krowa cały czas na mnie patrzyła, nie mogłem nawet zwolnić cięciwy. Na domiar złego z lewej strony przyszedł stary byk ze złamanym rogiem. To na chwilę odwróciło ich uwagę i udało mi się ostrożnie zwolnić cięciwę. Cały się trzęsłem i brakowało mi tchu. Nagle stary byk spojrzał w moją stronę i zaraz potem uszedł w busz, a za nim  pozostałe oryksy.
     
    Wolfi zaproponował, żebyśmy się zamienili koszulkami, bo jego jest ciemniejsza. Tak zrobiliśmy. Po kilku minutach wrócił stary byk, a za nim krowa i młody byk. Stałem nieruchomo z łukiem w ręku i czekałem na ten jedyny moment. Kiedy byki pochylały się nad solą, krowa cały czas patrzyła, a kiedy ona pochylała łeb, wartę przejmował stary byk. W pewnej chwili jednak powoli odszedł w stronę buszu, a pozostałe przez sekundę popatrzyły za nim. Niestety, młody byk cały czas stał na sztych i nie mogłem oddaç strzału. Po chwili, która dla mnie była wiecznością, krowa poszła za starym bykiem, a młody dał boku, patrząc za nią. To był właśnie ten moment, na który czekałem. Oddałem strzał prosto na łopatkę. Trochę za bardzo do przodu, ale po sposobie, w jaki oryks uchodził, Wolfi ocenił, że go mamy. Po strzale z łuku zawsze trzeba dać zwierzynie co najmniej kilkanaście minut, żeby się położyła. Czekając, gratulowaliśmy sobie udanego polowania. Ale to jeszcze nie był koniec.

     
    przemiana
     
    Zapadał zmierzch. Musieliśmy dojść strzelonego byka i nie mieliśmy pewności, czy leży, czy jest ranny. Tymczasem zaledwie dwa tygodnie wcześniej jeden z amerykańskich myśliwych zginął przeszyty rogiem rannego oryksa. Zeszliśmy z ambony. Ja miałem łuk, a Wolfi wziął mój sztucer. Była z nami jeszcze Cleo – pies Wolfiego. Zaczęliśmy wyścig z czasem. Powinniśmy dać oryksowi jeszcze kilkanaście minut, ale robiło się coraz ciemniej. Ruszyliśmy po śladach farby. Po przejściu ok. 100 m usłyszeliśmy, że Cleo szczeka jakieś 200–300 m przed nami. Wiedzieliśmy już, że mamy rannego, a nie martwego zwierza. Zaczęliśmy biec. Po morderczym sprincie ujrzeliśmy byka, który jeszcze się ruszał, ale nie miał już nawet siły walczyć z psem. Z ostrożności Wolfi zdecydował się na strzał, żeby nie było żadnej niespodzianki.

    Tego dnia coś się zmieniło. Najdłuższe i najbardziej ekscytujące 40 minut w moim życiu zmieniło moje podejście do łowów. Teraz na pierwszym miejscu jest dla mnie polowanie z łukiem. Niestety, wPolsce mogę jedynie ćwiczyć strzelanie do tarczy, bez jakichkolwiek emocji...Wiem jednak, że już niedługo wrócę do Namibii i jeszcze raz doznam tego wspaniałego uczucia.
     
    Następnego dnia przyjechał Janusz Sikorski z innymi myśliwymi. Pocieszał mnie, żebym się nie martwił, że nie strzeliłem kudu, bo przecież gepard ukoronował safari. Odpowiedziałem, że niczym się nie martwię, a najbardziej cieszę się z oryksa strzelonego z łuku, i to on jest dla mnie najważniejszą zdobyczą. Janusz zaprotestował, mówiąc, że gepard to większy sukces i niewielu ludzi w Polsce ma go na rozkładzie. Zapytałem go: „A ilu ma oryksa upolowanego z łuku?”. Po chwili zastanowienia stwierdził: „Nie znam nikogo takiego, sądzę, że twój jest pierwszy”.
     
    Artykuł był również opublikowany przez autora w miesięczniku myśliwych i sympatyków łowiectwa "Brać Łowiecka" nr 1/2008

    Dodaj komentarz

    photo user
    odpowiedź do