Rozumiem Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Korzystając z witryny wyrażasz zgodę
na ich używanie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w Polityce prywatnosci.
 
1 2 3 4
[CONTENT]
wtorek21.11.2017
  • zachód: 16:37
  • wschód: 08:08
  • zachód: 19:03
  • wschód: 10:27
  • faza: półpełny prawy (blask: 5%)
  • następna pełnia: 02 styczeń
  • Polowanie z łukiem na Czarnym Lądzie

    wróć
    Karol Narbutt 2013-09-27

    Pierwszy sukces odniosłem dopiero czwartego dnia – pozyskałem pokaźnego guścaOd października zeszłego roku odliczałem każdy dzień do kolejnego wyjazdu na Czarny Ląd. Afryka uzależniła mnie od siebie przede wszystkim różnorodnością przyrody oraz możliwością odczucia ogromnego przypływu czystej adrenaliny. Myśli o ponownym polowaniu z łukiem w Namibii nie opuszczały mnie nawet na chwilę.

    Miesiące od października do maja upłynęły mi na planowaniu polowania, czytaniu publikacji dotyczących łowów z łukiem i oczywiście ćwiczeniach praktycznych. Kiedy 8 maja wsiadałem do samolotu, który miał mnie zawieść do Afryki, byłem pewien, że wyprawa będzie udana i strzelę co najmniej 10 sztuk zwierzyny.

    Już po kilku minutach od przybycia na farmę Marigold byłem gotowy do wyjścia. Tego dnia podeszliśmy oryksa na jakieś 30 m, ale nie udało mi się strzelić, bo zwierz przeciął nasz ślad i niestety uszedł. Następnego dnia miałem hartebesta w odległości około 20 metrów. Niestety, jego również nie udało się pozyskać. W obu przypadkach zabrakło dosłownie kilku sekund. Jakby tego było mało, nazajutrz spotkałem gnu czarnoogoniaste. Dzieliła nas odległość zaledwie 7 metrów. I znowu nic.Archiwum Karola Narbutta

    Pierwszy sukces odniosłem dopiero czwartego dnia – pozyskałem pokaźnego guśca. Niestety, nazajutrz nie miałem nawet jednej okazji do strzału. Kolejnego dnia natomiast strzelałem do oryksa na jakieś 65 metrów. Strzał był poprawny, nie rozumiałem więc, dlaczego nie trafiłem. Przecież przez siedem miesięcy ćwiczyłem dalekie strzały! Dopiero po obejrzeniu filmu z tego polowania zrozumiałem, że doświadczonyłucznik Wolfgang miał rację, mówiąc: „Nigdy nie strzelaj dalej niż na 30–40 m,bo nie trafisz”. Na filmie odtworzonym w zwolnionym tempie widać, jak oryks przysiada, po czym uchodzi jednym mocnym skokiem. Można też zobaczyć, jak strzała przelatuje tuż nad jego grzbietem. Teraz dopiero zrozumiałem, co miał na myśli Wolfgang. Mój strzał był prawidłowy, ale odgłos spuszczonej cięciwy spłoszył zwierzę, zanim strzała osiągnęła cel.

    Siódmego dnia strzeliłem dosyć dużego oryksa, który padł po 90 metrach. Następnego poranka jechaliśmy już na drugą farmę, gdzie mieliśmy możliwość polowania na lamparty. Mnie jednak interesowały głównie springboki i impale. Pierwszego dnia udało mi się strzelić pięknego stenboka, a drugiego – dużego springboka. Przyszedł więc czas na impalę.

    Dwa kolejne dni upłynęły mi na próbach podchodzenia to springboków, to impali. Za każdym razem powtarzała się ta sama sytuacja. Po zbliżeniu się na odległość 60–80 m byłem zauważany przez któregoś osobnika ze stada. Doszedłem więc do wniosku, że muszę znaleść pojedynczą sztukę i spróbować ją podejść. Tego dnia już około 6 rano byliśmy zKabindą w buszu. Szliśmy powoli wzdłuż koryta wyschniętej rzeki, wijącej się wśród zarośli i skał. Po godzinie usłyszeliśmy ryczącego byka impali, jakieś 200–300 m przed nami. W pełnym skupieniu powoli ruszyliśmy w tę stronę. Po przejściu kilkudziesięciu metrów ujrzeliśmy na naszym brzegu pięknego byka, który co chwilę unosząc łeb, wydawał z siebie ryk godowy. Przykucnęliśmy i obserwowaliśmy to ciekawe zjawisko.

    Archiwum Karola NarbuttaKiedy impala odwróciła się od nas, zainteresowana czymś po drugiej stronie rzeki, oddałem Kabindzie plecak i ruszyłem w stronę zwierzęcia. Pierwsze 60 m poszło gładko, na czworakach, prawie bez zatrzymania. Przebycie następnych 30 m zajęło mi już jednak jakieś 20 minut. Wtedy to impala spokojnie przeszła sobie na drugi brzeg i zniknęła w zaroślach. Wykorzystałem jeszcze moment, kiedy szła odwrócona i dotarłem do brzegu. Zaległem w kępie traw, nasłuchując, w którym kierunku poszła. Po chwili lekko się uniosłem i zacząłem wypatrywać zwierza po drugiej stronie rzeki. Po dwóch, trzech minutach byłem pewien, że uszedł do buszu.

    Nagle usłyszałem nerwowe fuknięcie. Po chwili drugie i trzecie. Cały czas nie mogłem dojrzeć, gdzie jest impala, ale zrozumiałem, że ona już mnie zauważyła. Zastygłem w pozycji na czworakach, trzymając w prawej ręce łuk. Było jasne, że nawet najmniejszy ruch zniweczy dotychczasowe podejście. Mijały kolejne minuty, a ja nie widziałem, gdzie stoi moja potencjalna zdobycz. Po jakimś kwadransie impala wysunęła się z zarośli na drugim brzegu; dzieliło nas około 40 metrów. Moim oczom ukazał się największy z dotychczas widzianych byków impali. Stał naprzeciwko i fukał, przednią cewką grzebiąc w wyschniętej rzece. Miałem na sobie kamuflaż zasłaniający całe ciało, maskujący również kształt głowy, więc w pozycji klęczącej wyglądałem jak kolejny krzew porośnięty liśćmi.

    Archiwum Karola NarbuttaSerce biło mi coraz mocniej z każdą minutą. Nie czułem już nóg ani rąk, a szyja zaczęła mnie niemiłosiernie boleć od niewygodnej pozycji. Taka sytuacja trwała 30–40 minut. Impala zbliżała się powoli; dystans skrócił się do około 20 metrów.

    Wtem z prawej strony wyłonił się byk springboka. Jakby mi spadł z nieba! Impala natychmiast dała boku, zainteresowana przybyszem, i zaczęła ryczeć. Wykorzystałem ten moment, podniosłem się, napiąłem cięciwę, ale nie mogłem wycelować, bo zdrętwiałe ręce zaczęły się trząść. Opanowałem je jednak i strzeliłem. Strzała przeszła 10 cm nad grzbietem impali, która zaniepokojona odskoczyła jakieś 5 m w prawo. Byłem przekonany, że to już koniec.

    Tymczasem byk ustawił się na sztych i zaczął grzebać w piachu. Nie zastanawiając się ani chwili, ponownie napiąłem łuk, wycelowałem i strzeliłem. Widziałem uderzenie strzały, impala uszła do buszu i jeszcze przez parę sekund słyszałem ją, jak idzie w stronę wzgórza. Po chwili podszedł Kabinda, który obserwował wszystko przez lornetkę, i z uśmiechem na twarzy powiedział: „Duży byk i dobry strzał”.

    Po strzale dochodziłem do siebie przez jakieś 20 minut. Nogi miałem tak zdrętwiałe, że nie mogłem wstać, ręce się trzęsły, a serce powoli zwalniało rytm. Byłem jednak pewien, że trafiłem.

    Archiwum Karola NarbuttaImpala dostała strzał na szyję. Jak się póśniej okazało, strzała nieznacznie minęła kręgosłup i utkwiła na wysokości łopatki. Dochodzenie postrzałka zajęło nam około dwóch godzin. Niestety, musieliśmy poradzić sobie bez psów, gdyż te, które były na farmie, potrzebują wystrzału z co najmniej 375 H&H, aby pójść po farbie. Kropla po kropli w końcu dopięliśmy swego na wzgórzu, gdzie znaleśliśmy impalę.

    W zeszłym roku, strzelając do pierwszego oryksa, myślałem, że przeżyłem najbardziej ekscytujące 40 minut w życiu. Okazało się jednak, że kolejne polowanie dostarczyło jeszcze większej dawki emocji. Poziom adrenaliny, jaka wydziela się przy polowaniu z łukiem, jest niebezpiecznie wysoki. Mam wrażenie, że uzależnia – i to bardzo szybko.

    Podczas tego pobytu w Afryce miałem jeszcze okazję strzelić gnu pręgowane o porożu wyglądem przypominającym bawołu; to polowanie odbyło się ze sztucerem. Pomimo rekordowego trofeum satysfakcja nie była nawet w części tak duża jak przy pozyskaniu impali. Na szczęście na koniec pobytu strzeliłem jeszcze jednego springboka, ukrywając się pod drzewem, przytulony do pnia. Po ok. 1,5 godziny spędzonej w bezruchu miałem stado springboków w odległości 5 m i udało mi się pozyskać piękną samicę do pary z poprzednim samcem.

    Podczas 16-dniowego pobytu w Namibii strzeliłem sześć sztuk zwierzyny. Jadąc tam, byłem pewien, że przywiozę co najmniej dziesięć. Ta wyprawa dała mi lekcję pokory i nauczyła, że trafić do tarczy nawet na 60 m nie znaczy upolować cokolwiek z 20 metrów. Podczas jednej z kolacji, trochę zawiedziony wynikami polowania, żaliłem się Wolfiemu, że mało pozyskałem. Odpowiedział: „Pamiętaj, że kiedy strzelasz z łuku, nie liczy się trofeum, tylko sukces, a sześć sztuk pozyskanych w 16 dni to bardzo dobry wynik”.

    Mam nadzieję, że niedługo znów wybiorę się na Czarny Ląd. Tym razem pojadę po sukces, a nie po trofea, choć cały czas mam w głowie ostatnią rozmowę telefoniczną z Wolfim: „Wiesz, zbudowałem dla ciebie specjalną wysiadkę na gepardy. Co ty na to?”. Aż się boję pomyśleć, ale zobaczymy...

    Artykuł był również opublikowany przez autora w miesięczniku myśliwych i sympatyków łowiectwa "Brać Łowiecka" nr 4/2009

    Dodaj komentarz

    photo user
    odpowiedź do